FreshMail.pl
na czym zarabia facebook

Na czym zarabia Facebook cz. 2

Autor / 09 grudnia 2014

„W odpowiedzi na nową politykę FB informuję, że..” – kolejna już fala tych wpisów pokazuje, że przynajmniej podświadomie, wiele osób uważa, że daje Facebookowi za dużo. To dobry moment, aby powrócić do tekstu sprzed pół roku.

Przeczytaj wcześniejszy artykuł: Na czym zarabia Facebook?

Osoby wklejające bezmyślnie powyższą deklaracje powołują się w niej na Konwencją Berneńską, która powstała w… 1886 roku, czyli na pół wieku przed tym jak dziadek Marka Zuckerberga przypłynął z Bułgarii do Nowego Jorku. Stany podpisały ją w 1989 roku (ponad 70 lat po tym jak zrobiła to Polska), akurat w momencie, kiedy dziewięcioletni Mark, pod okiem ojca zaczynał zabawę na domowym Atari. Jeśli naprawdę chcesz widzieć, co oddałeś za możliwość oglądania zdjęci kotów, kanapek, a już niedługo choinek i butelek szampana – przeczytaj regulamin Facebooka i zobacz, jakie masz prawa – w wielkim skrócie, żadne. Bo jeżeli ktoś naprawdę myśli, że wklejenie łańcuszka o treści: „znając moje ble, ble, ble, nie wyrażam zgody na ble, ble, ble, w innym wypadku ble, ble, ble” pomoże, no cóż, powiedzmy, że chciałbym być tym gościem, który sprzeda mu używany samochód.

Pamiętacie Naszą Klasę? Takiego Facebooka dla Polaków, którego założyło kilku studentów z Wrocławia. A pamiętacie jak zaczął odpływ fanów z serwisu i jakiego argumentu używało wielu osób, przechodząc z NK do Marka Zuckerberga? W pewnym momencie Nasza Klasa zmieniła swoją politykę prywatności na bardzo podobną do tej, jaką obecnie muszą zaakceptować użytkownicy Facebooka. Tylko, że w odróżnieniu do rosnącego wtedy w siłę dziecka Marka Zuckerberga, wszystkim to przeszkadzało. Ba, było to klasyczne wyjście z jednej restauracji, w której nie pasuje nam menu do innej, gdzie podają dokładnie to samo, ale ściany mają ładniejszy kolor. I jeszcze chodzenie i rozpowiadanie po znajomych, że teraz smakuje nam dużo bardziej, a kto jada u „tamtych” jest pewnie wykluczony cyfrowo.

Właśnie teraz na kilku portalach odbywa się rytualne narzekanie i wzywanie do bojkotu dużej sieci handlowej, która zablokowała nieprzychylny jej fanpage. Jaki skutek odniosą te protesty? Odpowiedź jest bardzo prosta. W ramach cięcia kosztów, do obsługi klientów (różnica między klientem, a użytkownikiem, jest tak, że jeden z nich płaci) Facebook zatrudnia młodych ludzi, z krajów, jak to się ładnie nazywa, rozwijających. Dlatego, jeżeli zarabiający 10 dolarów dziennie chłopak z Egiptu, nie za dobrze wiedzący gdzie leży Polska, Dania czy inna Estonia dostanie skargę od profilu, przy którym w rubryce incomes widnieje kilka zer z jedynką na początku, na profil z kilkudziesięcioma tysiącami fanów, ale niepłacący, to zarobi tego dolara bez czytania i wgłębiania się w kulturowe różnice dotyczące świąt. Co w takim wypadku mogą zrobić właściciele zamkniętego fanpage’a? To pytanie retoryczne, nie odpowiadajcie.

Pan Mirek i Günter Grass

Pod poprzednim wpisem odsyłałem do dwóch artykułów opisujących w jaki sposób rozwija się biznes Amazona. Nie minęły dwa miesiące, a podobne spostrzeżenia znalazły się w otwartym liście pisarzy (w tym kilku noblistów – Niemcy: pisarze protestują przeciwko koncernowi Amazon) przeciwko praktykom największej księgarni świata. Wiem, że wszystko sprowadzi się ostatecznie do argumentu: „możemy kupować taniej, to musi być dobre”. Odpowiem: nie musi i nie jest. Zresztą logika korporacji takiej jak Amazon jest jedna: maksymalizować przez minimalizowanie. Ostatnio pojawiło się kilka tekstów opisujących pracę w polskich centrach logistycznych należących do firmy Jeffa Bezosa (Pierwsi pracownicy odchodzą z Amazona. „Nie da się tak zapieprzać”). Nie chciałbym mieszać tutaj dwóch spraw, czyli wykorzystywania dominującej pozycji Amazona na rynku i jego… powiedzmy specyficznego, jak na zachodnie standardy, podejścia do pracowników. Tylko, że są to dwie strony tej samej monety. Monety lądującej na koncie giganta z Seattle, a to, że dorzuca się do niej zarówno pracujący na 10 godzinnej zmianie Mirek z podpoznańskiej wsi, jak i Günter Grass, nie jest zbytnim pocieszeniem, zarówno dla Mirka, jak o autora „Blaszanego bębenka”.

Miesiąc temu media opisywały historię znanego fotografa Wiktora Franko (Skradzione (?) zdjęcie z Polski w sklepie Apple’a), którego zdjęcia przez aplikację Hipstamatic pojawiły się w AppStore. Sprawa jest „rozwojowa” jak mógłby powiedzieć rzecznik prasowy prokuratury, gdyby nie to, że tak naprawdę jej nie ma. Bo jakie uprawnienia i prawa dał pan Franko twórcom aplikacji, gdy instalował ja na swoim smartfonie, wie tylko te pół procent osób, czytające umowy licencyjne, no i oczywiście pracujący dla Apple prawnicy z Piątej Alei, ale o nich pisałem już wcześniej.

Mimo złudzenia pozornej wolności, nasze prawa w Internecie ograniczane są coraz bardziej. Czy stoi za tym jakaś ciemna siła? Nie. Czy jesteśmy do tego zmuszani? Poniekąd tak, ale w większości oddajemy je za darmo, to znaczy nie całkiem za darmo. W zamian możemy codziennie zobaczyć nowego futrzaka z podpisem „Co ja pacze”, ale tylko do czasu, aż któraś z korporacji nie dostanie do niego praw autorskich, wtedy uprzejmie zostaniemy poproszeni o numer karty kredytowej.



Kamil Kolbusz

Kamil Kolbusz - PR-owiec, copywriter, autor rzeczy wszelakich.



Zapisz się do newslettera

Newsy z bloga, aktualności, najbliższe wydarzenia z branży

FreshMail.pl