FreshMail.pl
BeatsByDre

Jeśli dysponujesz ciałem, to technologia ubieralna jest właśnie dla Ciebie

Autor / 23 czerwca 2014

Technologie ubieralne od dawna zdobią nagłówki portali technologicznych. Recenzenci przeważnie rozpływają się w uniesieniach – „wcześniej to nie miało sensu, ale ta generacja, ten produkt, to już zupełnie inna bajka”. Tymczasem sukcesu rynkowego nie widać – w zeszłym roku sprzedało się zaledwie 1,2 mln smartwatchy z Androidem. Sam Galaxy S4 zdołał „wykręcić” Samsungowi wynik ponad 30-krotnie lepszy. Jaki jest więc problem z technologią ubieralną, która podobno ma przed sobą świetlaną przyszłość, tylko ona jakoś nie chce nadejść…

Jedną z najgłośniejszych informacji pierwszej połowy maja była sprzedaż Beatsów przez Dra Dre. Apple wyłożyło na stół 3,2 mld dolarów, czyli dokładnie tyle, ile Google zapłaciło za Nesta. Jakie jest jednak biznesowe uzasadnienie tej decyzji? Nawet jeśli Apple dysponuje ogromnymi rezerwami finansowymi (160 mld dolarów pod ręką) musi przecież się tam czaić głębszy sens.

Muzyka leczy

Beatsy to oczywiście marka premium, zapewniająca doznania dźwiękowe na poziomie zdecydowanie wyższym od zwykłych słuchawek. Tak przynajmniej głosi legenda, gdyż marka jest krytykowana za sprzedawania niewyobrażalnie drogich sprzętów, które w rzeczywistości ustępują jakością tańszym odpowiednikom. Biznes się jednak kręci bo Beatsy to zdecydowanie więcej niż słuchawki, to styl życia ludzi, którzy „słyszą całą muzykę”.

Beats by dre

Podobnego pozycjonowania zdecydowanie brakuje technologii ubieralnej. Producenci pokazują „rewolucyjny i zapierający dech w piersiach zegarek”, ale kompletnie nie umieją go sprzedać. Podkreślają ilość czujników, matrycę aparatu, wielkość ekranu – zupełnie jakby reklamowali smartfona, do którego przymocowali pasek i założyli na nadgarstek. Tymczasem to zupełnie inne urządzenie.

Budujemy produkt? Nie, popyt

Świat od dawna czeka na pierwszy produkt z gamy technologii ubieralnej, który zdobędzie masową popularność. Tymczasem w mojej opinii słuchawki już dawno osiągnęły ten cel. Bez problemu można je zakwalifikować do grona wearable devices – przecież wkładamy je do uszu, bądź zakładamy na głowę. Dodatkowo, identycznie jak smartwatche, ich funkcjonalność spada drastycznie, kiedy nie są podłączone do smartfona.

„Ludzie nie wiedzą czego chcą, do momentu, kiedy im tego nie pokażesz” – jak mawiał Steve Jobs. A słuchawki doskonale pokazały ludziom o ile lepiej może wyglądać ich życie, wykreowały potrzebę dostępu do muzyki w każdym miejscu. Jedziesz autobusem do pracy, uprawiasz jogging czy po prostu czekasz na spotkanie – muzyka jest zawsze z Tobą.

Identyczny sukces osiągnęły smartfony. Zapewniły nam możliwość uczestniczenia w obiegu informacji niezależnie od miejsca, gdzie się znajdujemy; byle tylko z zasięgiem operatora. Co lepszego mogą zaoferować smartwatche?

To właśnie jest największy problem tego rynku, który w prostych słowach nie może powiedzieć konsumentowi: „oto jest inteligentny zegarek, dzięki niemu to, to i to zrobisz o wiele lepiej, szybciej i wygodniej”. Zamiast tego dostajemy reklamy, które wołają o pomstę do nieba:

Po co mi smartfon skoro mam słuchawki

Branża czeka na ruch na Apple. Zwykle to oni jako pierwsi tworzyli produkty, które zdobywały masowy rynek. Tak było ze smartfonami, które wcześniej produkowało BlackBerry i z tabletami, które Microsoft pokazywał już na początku ubiegłej dekady. A co jeśli kupno Beatsów to właśnie krok w kierunku dominacji Apple w segmencie wearable devices?

Jeśli oglądaliście film Ona, to zapewne zwróciliście uwagę, że smartfon pojawia się tam bardzo rzadko, jest gdzieś w tle, zmarginalizowany. Główny bohater nie nosi także na ręce żadnego inteligentnego zegarka, a całość komunikacji pomiędzy nim a komputerem odbywa się jedynie za pomocą słuchawki noszonej w uchu i mikrofonu. Być może Tim Cook zapoznaniu się z tym filmem zauważył, że smartwatche mogą być ślepą uliczka i dlatego obrócił się w kierunku słuchawek? Jak to przejęcie może zmienić naszą codzienność?

Otóż, Beats to nie tylko słuchawki, ale także pełnoprawny serwis streamujący muzykę. Wyobraźmy więc sobie, że smartfon będzie sam decydował jaką muzykę nam zagra bazując na naszej aktywności. Przeanalizuje odwiedzane strony i pisane komentarze w świecie wirtualnym, a także zgra to z aktywnością w realu – sprawdzi odwiedzane miejsca i osoby, z którymi się spotykaliśmy. Na tej podstawie z głośników popłynie spersonalizowany strumień dźwięków.

Żyjemy przecież w erze przesytu informacjami i nieustannej konieczności podejmowania decyzji związanych z poświęcaniem naszego czasu na różne aktywności. A przecież czas jest w długim okresie najważniejszym surowcem. Jeśli więc kolejną decyzję moglibyśmy zrzucić na barki algorytmów to dlaczegóżby tego nie zrobić?

Załóżmy dalej, że chcemy się dostać do restauracji w centrum miasta. Słuchawki mogłyby na bieżąco kierować nas do celu podając najbardziej optymalną trasę, kiedy np. jedziemy rowerem.

Beatsy siedzą na tyle w autobusie

Jednak czy Apple naprawdę potrzebowało do tego Beatsów za ponad 3 mld dolarów? Czy nie mogło ulepszyć własnych słuchawek i dołożyć wszystkich tych usług w standardzie.

Oczywiście, że nie. Apple wśród młodszego pokolenia nie ma już statusu marki – bogini, jest jednym z wielu producentów, który na dodatek robi śmiesznie małe telefony. Tymczasem Beatsy są po prostu „cool”, nosząc je wyrażamy swoją pozycję społeczną i sposób patrzenia na świat.

Wyzwaniu stania się fajnymi nie podołały okulary Google, które stały się raczej Świętym Graalem geeków i programistów, a nie przeciętnego Kowalskiego czy Smitha. Google nie zdołało przekonać użytkowników, że wraz z ich okularami, będą żyli „bardziej”. Na razie zostaje im więc tylko specyficzna nisza…

reklama apple 1

źrodło: http://www.macmothership.com/gallery/newads7/1976apple1.jpg

reklama myszy apple 2

źródło: http://www.macmothership.com/gallery/Newsweek2/nw4.jpg

Obie powyższe reklamy wypuściło Apple. Dzieli je ok. 10 lat, a widać w nich przepaść komunikacyjną. Pierwsza z nich trafia do ludzi, którzy mogliby chcieć pisać oprogramowanie na Apple 1 – było ich wtedy może kilka tysięcy. Druga jest za to adresowana do każdego – obiecuje, że nawet bez wyrafinowanych zdolności informatycznych, będziemy mogli włączyć się w rewolucję komputerową.

Pierwszą reklamę porównałbym do obecnej strategii Samsunga czy Sony, firm rozdających karty na polu smartwatchy. Niestety dla nich stolik, przy którym toczą rozgrywkę jest tak mały, że z trudem się przy nim mieszczą obijając łokciami. Druga to natomiast obecne Apple, które jakby mówiło „jeśli dysponujesz ciałem, to technologia ubieralna jest właśnie dla Ciebie”.



Karol Kopańko

Dziennikarz działu naukowego Gazety Wyborczej i współpracownik Pulsu Biznesu, specjalizujący się w innowacjach i startupach. Bloger SpidersWeb, podróżniczy reportażysta i autor książki „Bitcoin. Złoto XXI wieku”.



Zapisz się do newslettera

Newsy z bloga, aktualności, najbliższe wydarzenia z branży

FreshMail.pl